Runner rwie włosy z głowy, czyli Top 5 najbardziej irytujących kart u korporacji

Święta minęły, czas wrócić do szarej (choć ostatnio dość osłonecznionej) rzeczywistości.

Na początek „nius”! Mam zaszczyt wam ogłosić, iż znany i lubiany sklep Planszostrefa nawiązał współpracę z moim blogiem <fanfary, fajerwerki, karnawał w Rio>. Wszyscy się bardzo z tego cieszymy, gdyż oznacza to nie tylko to, że po prawej stronie pojawiło się tam ich logo, a ja będę teraz zgarniał miliony za pisanie głupot na blogu, ale również cyklicznie będą pojawiały się przeróżne konkursy na blogu, w którym będziecie mogli zgarnąć rzeczy związane z Netrunnerem. Zadowoleni? Ależ jasne! Dla mniej spostrzegawczych: aby przenieść się do sklepu wystarczy kliknąć w logo (te po prawej stronie).

 

Wracając jednak do podjętego przed świętami tematu: poprzednio analizowaliśmy co powoduje u grających korporacją napady agresji, chęć plucia, drapania i potrząsania runnerem. Dzisiaj zajmiemy się dokładnie tym samym, tylko patrząc na to od drugiej strony.

Runnerzy są o tyle w komfortowej sytuacji, że dużo rzadziej natrafiają na karty budzące w nas mordercze instynkty. Głównie dlatego, iż korporacje mają ich po prostu mniej. Nie oznacza to jednak, ich całkowitego braku…

Jest kilka pozycji, na których można zjeść zęby, a i to zbyt wiele nie pomoże.

Tak więc w dzisiejszym odcinku, najdrożsi czytelnicy: pięć najbardziej irytujących kart w talii korporacji (moim skromnym zdaniem).

Miejsce 5 – Ichi 1.0

Sam nie wiem dlaczego ten LÓD tak mi działa na nerwy… Przecież to standardowy przedstawiciel gatunku strażników. Jeden z popularniejszych ponoć.

Chociaż jak spojrzę na jego koszt rezu, a potem siłę, ilość i typ podprogramów, to zaczynam rozumieć źródła niechęci do tego „pana”.

Zignorować się nie da, przechodzenie tego niezależnie czym jest drogie, marnować clicki nie ma sensu… Gorzej jak się ustawią takie 2-3 w rzędzie (i takie miałem sytuacje), to wtedy momentalnie się chce odejść od stołu. Najgorsze jest to, że nawet jego pozbycie się nie jest dużą stratą dla korporacji, gdyż wydała na niego tylko 5 kredytów…

Halo! FFG! To są jakieś jaja! I to co najmniej nie cyfrowe!

Jakby powstała promka tej karty, to powinna mieć „trollface” w miejsce „twarzy”…

Miejsce 4 – Closed Accounts

„Haha! Moja niesamowita ekonomia, którą budowałem przez ostatnich 27 tur w końcu działa! Miliony kredytów na kontach. Teraz każdy serwer stoi otworem i nic nie jesteś w stanie na to poradzić! Haha!”

Bum, trzask, prask, dostaliśmy taga i leci Closed Accounts…

AAAAAAAAAAAAAA!!! TY! TYYYYY!!! TY… ŁOBUZIE! (wersja ocenzurowana).

Każdy z nas spotkał się wielokrotnie z takim scenariuszem. Problemem jest nie tylko to, że nagle zostaliśmy wyczyszczeni ze środków do życia, ale najczęściej mamy jeszcze taga, którego nie mamy za co nawet usunąć i trzeba bawić się w clickanie i oddawanie kolejnych tur. Jedna, głupia karta, która potrafi nas wyłączyć z gry i co gorsze, dość szybko może ponownie powrócić, aby zrobić to znowu…

Korporacyjny odpowiednik syfona. Tutaj też jesteśmy okradani, tylko nasze pieniądze nie trafiają bezpośrednio do kieszeni (bo to nielegalne), tylko lądują pewnie na jakimś tajnym koncie w Kajmanach. Gorsze jest to, że tracimy wszystko niezależnie od ich ilości, a nie tylko 5.

Potem się dziwić, że gracze Netrunnera mają jakieś predyspozycje do kleptomanii i nie oddają projektów, bo „omyłkowo” wtasowali je do talii… Tia jasne…

Miejsce 3 – AstroScript Pilot Program

Score, score, score, wygrałem!

CO?! Zaraz, ale jak to? Kiedy? Czym? Toć ja dopiero Magnusa szukam…

Chyba nikogo nie dziwi to, iż się tutaj ta karta znalazła. Najlepszy projekt w grze do czegoś zobowiązuje. Możliwy za jego pomocą tzw. „Astro train”, to wręcz tortura dla runnera, gdzie całość z miłego truchtu w parku, zamienia się w maraton podczas burzy, gdzie goni nas stado głodnych dobermanów.

Trzeba zacząć się sprężać. Szysze tempo powoduje więcej błędów: a to czegoś do końca nie policzymy, a nie zwrócimy uwagi na co został już zużyty wpływ i nagle klops. Ja osobiście nie cierpię tego biegu przez płotki, bo ani kondycji na to nie mam, ani cierpliwości. Jakbym miał ochotę na taką „paraolimpiadę”, to byt nie siadał do stołu, tylko poszedł na stadion.

Najgorsze jest to, że nie widzę szans, aby kiedykolwiek takowe talie straciły na popularności. Istnieją one wręcz od wydania gry i do dzisiaj są uważane za jedne z silniejszych i skutecznych.

Biada wam, biada! Wy wszyscy, którzy są pozbawieni wyobraźni! „Obyście wy w studni po kolana w wodzie siedzieli i napić się nie mogli” (jestem ciekaw, czy ktokolwiek kojarzy z jakiego filmu jest ten cytat).

Miejsce 2 – Snare!

Umrzesz, albo stracisz kolejną turę – co wybierasz?

Bardzo przyjemny wybór, faktycznie…

Snare! to Hitler i Stalin w jednym w świecie Netrunnera. Chyba żadna inna karta, nie doprowadziła do wypłaszczenia takiej ilości graczy, jak ta. Co śmieszne, zwykle sami się na nią pchamy z uśmiechem na ustach.

Dlaczego więc coś tak oczywistego i prawdopodobnego może być irytujące? Już spieszę z odpowiedzią. FFG nie do końca jest zadowolone z tego jak wygląda obecnie gra runnerami, stąd chcąc ich ukarać, użyła dość niezwykłych feromonów, abyśmy zawsze wybierali właśnie tą kartę. Przecież to naturalny odruch, aby w ręce pełnej projektów trafić na jedynego Snare i od niego zginąć. Oczywiście w kolejnej grze można zrobić to samo… Przypadek? Nie sądzę…

Wszystko to jest spiskiem! Teraz będę musiał przenieść się do Nepalu, gdyż zdradziłem największa tajemnicę w świcie gier karcianych, a jest to równoznaczne z wypłaszczeniem w rzeczywistości!

Miejsce 1 – Jinteki Personal Evolution

Jak popsuć runnerowi humor? Dać mu Jinteki za przeciwnika. Powinienem sobie koszulkę załatwić z takim napisem. Przyznam szczerze i bez bicia, że nic bardziej nie jest w stanie zirytować mnie, aniżeli wizja spędzenia najbliższych kilkunastu minut, na walce przeciwko temu ID. Jeszcze nawet nie zobaczę swojej startowej ręki, a ja już mam dość…

Czego się w końcu spodziewać, kiedy nasza tura wygląda tak: <bzyt> ojej Hedge Fund Ci spadł, <bzyt> o jedyny Corroder… przepraszam <bzyt> jeszcze Clone Chip ups… <bzyt> hmmm chyba nie żyjesz…

Nie chodzi nawet o to, iż granie przeciwko Jinteki jest trudne, gdyż nie jest. Jest po prostu cholernie denerwujące, gdyż nie tylko z racji ciągłej straty kart i konieczności uzupełniania ręki wszystko się wydłuża, to dodatkowo zwykle tracimy te karty najbardziej istotne. Nie wiem, czy tylko ja mam takiego pecha, ale mogę mieć 10 kart na ręce, to i tak zawsze na obrażenie pójdzie ta najbardziej istotna…

Może mi brakuje jakiegoś sadomasochistycznego genu, abym czerpał z tego radość hmmm chyba poproszę moją dziewczynę, aby zaopatrzyła się w bicz… Przyda się zwłaszcza teraz, kiedy na dniach mamy premierę dużego dodatku właśnie do tej frakcji, w którym znajduje się pierdyliar nowych sposobów na zadawanie obrażeń sprzętu i tyle samo wymyślnych pułapek

Mamusiu…

 

Ciekawe, czy faktycznie coś zdetronizuje zwłaszcza pierwsze dwa miejsca, choć nawet sobie nie wyobrażam co to musiałby być. Dobrze, że chociaż na zbliżającym się Chronosie nie zapowiada się, aby było „czerwono”. Do przeczytania!